piątek, 18 maja 2018

O sporcie jeździeckim w kawalerii konnej trochę inaczej czyli drugi artykuł do miesięcznika "Hodowca i koń" nr majowy.

Sport jeździecki w kawalerii konnej II RP


Dwudziestolecie Międzywojenne i polskie osiągnięcia w sporcie jeździeckim to piękna karta naszego sportu i naszej kawalerii. W tamtych czasach jeździectwo było zdominowane przez wojsko z racji posiadania przez każde państwo kawalerii, która dawała znaczną ilość zawodników. W tym okresie polscy oficerowie kawalerii wystąpili między innymi na trzech z pięciu Igrzysk Olimpijskich zdobywając medale w konkurencjach Skoków oraz Wszechstronnego Konkursu Konia Wierzchowego. W Olimpiadzie w Antwerpii w 1920 r. Polska nie brała udziału z racji toczącej się Wojny o Niepodległość, ale już za cztery lata w Paryżu rtm. Adam Królikiewicz na koniu Pikador zdobył brązowy medal w indywidualnym konkursie skoków.

                                          rtm. Adam Królikiewicz na Pikadorze


W 1928 r. w Amsterdamie polscy kawalerzyści zajęli w konkursach drużynowych drugie miejsce (srebrny medal) w konkurencji skoków i trzecie miejsce (brązowy medal) we Wszechstronnym Konkursie Konia Wierzchowego. W Igrzyskach w Los Angeles w 1932 r. Polska nie brała udziału (kryzys). W Berlinie w 1936 r. polska ekipa zdobyła drużynowo Srebrny Medal w WKKW.
Jakie były drogi sportowe naszych jeźdźców znajdzie czytelnik w książce Witolda Pruskiego „Dzieje konkursów hipicznych w Polsce”.
Zastanówmy się jednak, jak i kiedy doszło do wykrystalizowania się dyscyplin sportowych jeździeckich w świecie gdzie kawaleria użytkowała konie od ponad 2000 lat.
Pomijając czasy prehistoryczne i starożytność należy stwierdzić, że kawaleria (i rycerstwo) na koniach bojowych nie skakała. Zwarte szyki wojsk konnych powodowały, że z przeszkodami na trasie szarż trzeba sobie było radzić inaczej.
Oto kilka przykładów z historii jazdy (kawalerii):
Bitwa pod Kłuszynem, 4 lipca 1610 r. Bitwa stoczona została między wojskami polskimi pod dowództwem hetmana polnego koronnego Stanisława Żółkiewskiego (ok. 3000 żołnierzy i 2 działa), a armią moskiewską pod dowództwem kniazia Dymitra Szujskiego (ok. 19 000 żołnierzy i 11 dział)  oraz szwedzkimi posiłkami dowodzonymi przez Jakuba Pontussona De la Gardie (3300 żołnierzy). Wojska naszych przeciwników zajmowały dwie wsie otoczone chruścianymi płotami, za którymi stała ich piechota. Dwa polskie działa bardzo powoli poruszały się słabą drogą na pole bitwy. Jazda, która dotarła wcześniej rozpoczęła ataki, które miały zatrzymać nieprzyjaciół. Wspomniane płoty stanowiły przeszkodę nie do pokonania. Jednak, niektóre chorągwie szły do szarży nawet 10 razy aby zająć wroga. Dopiero dotarcie na pole bitwy dwóch falkonetów (lekkich dział), które swoim ogniem rozbiły ww. płoty, umożliwiło naszej jeździe pobicie nieprzyjaciół. W czasie walki konnica polska nawet nie próbowała skakać chruścianych płotów.

                                                    Szyk chorągwi husarskiej w ataku 

Bitwa pod Wiedniem, 12 września 1683 r., stoczona przez wojska tureckie oblegające Wiedeń a wojskami koalicji antytureckiej (Austria, Niemcy, Polska) pod dowództwem króla Jana III Sobieskiego.
Wojska austriacko – niemieckie rozpoczęły walkę na lewym skrzydle wzdłuż Dunaju, ściągając na siebie główne siły tureckie. W tym czasie Polacy z jazdą, piechotą i artylerią wspinali się na wzgórza Lasu Wiedeńskiego, przez jego bezdroża. Turcy nie skupili tam większych sił, gdyż z tej strony nie spodziewali się ataku. Na skraj Lasu Wiedeńskiego wojska Sobieskiego wyszły dopiero w godzinach popołudniowych. Znajdował się tam rozległy teren doliny rzeczki Wiedenki, opadający łagodnie w kierunku oblężonego Wiednia. Bliżej znajdowało się wielkie obozowisko i spiesznie formujące się oddziały tureckie. W winnicach porastających stoki, poprzedzielanych płotami ukrywały się oddziały janczarów. Król kazał więc generałowi Kątskiemu wysunąć do przodu piechotę i artylerię celem oczyszczenia terenu. Po kilkugodzinnej walce piechurzy z pomocą artylerii wyparli wojska tureckie, rozbili wszelkie płoty i wyrównali teren otwierając drogę kawalerii.
Kolejną decyzją Sobieskiego było wysłanie chorągwi husarskiej porucznika Zbierzchowskiego na rozpoznanie terenu, czy nie kryje rowów, wilczych dołów, aproszy itp. Chorągiew przebiegła cwałem między stanowiskami tureckimi, prowadząc do ich dezorganizacji, ale i ponosząc duże straty. Rozpoznanie potwierdziło dane wywiadowcze, że szarża jazdy z tej strony jest możliwa.
            Szarża polskiej jazdy wraz z kawalerią austriacką i niemiecką (ponad 20 tyś. Jeźdźców) całkowicie rozbiła siły tureckie.
            Tak jak pod Kłuszynem, nikt nie myślał o skakaniu płotów, ich zdobycie i wyrównanie terenu do szarży kawalerii był zadaniem piechoty i artylerii.  
Bitwa pod Waterloo, 18 czerwca 1815 r., stoczona przez armię francuską pod dowództwem Napoleona Bonaparte a wojskami VI Koalicji: armiami angielską Wellingtona i pruską Bluchera. W pewnym momencie bitwy do szarży na czworoboki angielskie została rzucona prawie cała kawaleria francuska, kilkanaście tysięcy koni i jeźdźców. Na pewnym odcinku drogi szarży znajdował się rów, szerszy niż możliwość skoku niewyszkolonego konia o stromej skarpie i przeciwskarpie. Przednie szeregi szarżujących usiłowały zatrzymać konie ale pchane przez tysiące innych uczestników ataku wpadały do rowu. Dopiero gdy się wypełnił reszta kawalerii przeszła po wierzchu. Znamienne, że nikt nie próbował zjeżdżać po skarpie i podjeżdżać, wskakiwać na przeciwskarpę. Nie uczono tego ani koni ani jeźdźców.


                                                  Kawaleria francuska (huzarzy) w ataku.


Sytuacja uległa diametralnej zmianie w końcu XIX w. Szybki rozwój broni palnej piechoty i artylerii, jej szybkostrzelności, zasięgu strzału i jego celności sprawiły, że użycie w dotychczasowy sposób jazdy straciło sens. Niektórzy gotowi byli ogłosić koniec kawalerii na polach bitew.
Wtedy pojawia się kapitan kawalerii Włoskiej Federico Caprilli i jego nowa teoria jazdy konnej, która miała umożliwić kawalerii dostosowanie się do nowych warunków pola walki.

 

                                          Kapitan Federico Caprilli (1868 – 1907)

„Techniki Caprillego i jego pozycja skokowa miały wielki wpływ na szybki rozwój konkurencji skoków konnych przez przeszkody w XX wieku…  Metody Caprillego nie były ukierunkowane tylko na pokonywanie przeszkód. Pierwszym celem było przygotowanie konia do działań bojowych. Chodziło o to, by kawalerzysta posiadł umiejętność panowania nad koniem tak, aby był w stanie pokonać przeszkody na polu walki. Jak zauważa Witold Pruski, w miarę potęgowania się siły ognia i coraz większej roli artylerii funkcja kawalerii musiała ulec zmianie. Doskonale rozumiał to Caprilli, twierdząc, że rola kawalerii sprowadza się do dużej ruchliwości, niespodziewanych ataków i odwrotów w każdych warunkach polowych. Ze względu na tak rozumianą strategię wojskową uważał, że należy lepiej przysposobić konia do poruszania się w terenie. Sam Caprilli tak ujął tę myśl: Koń wojskowy musi być zasadniczo przyzwyczajony do działania w terenie, ponieważ na nim kawaleria jest przeznaczona do wykonania w wojnie swojego zadania. Jego naczelny postulat brzmiał: czas poświęcony na skomplikowane ćwiczenia na maneżu należy przeznaczyć raczej na wyjazd poza mury szkolne.” Wikipedia.


                                                 Ćwiczenia skoków kawalerii niemieckiej

Koncepcje kapitana Caprillego szybko znalazły akceptację w wielu armiach europejskich co znalazło oddźwięk już w czasie rozgrywanych coraz częściej zawodów skokowych, pierwszych Olimpiad i Wielkiej Wojny (I Wojna Światowa) a w powstałej w 1918 r. Armii Polskiej w czasie wojny z sowietami w latach 1919 – 1920. W polskiej kawalerii idee Caprillego zostały zaszczepione przez oficerów służących przed odzyskaniem niepodległości w armii carskiej. Do Rosji idee te przedostały się zaś za sprawą rtm. Pawła Rodzianko, który odbył szkolenie we Włoszech w 1907 r. Po powrocie zaczął wprowadzać metody włoskiej szkoły. Znalazła ona wielu zwolenników wśród carskich oficerów i szybko się zakorzeniła w Rosji. Jednym z pierwszych, którzy przejęli ten styl jazdy, był Karol Rómmel, służący wówczas w Petersburgu. Podpatrywał on nowinki przekazywane adeptom w Michajłowskim Maneżu, co w efekcie zaowocowało tym, że zakwalifikował się do udziału w Igrzyskach Olimpijskich w Sztokholmie w 1912 jeszcze w barwach rosyjskich(zob. Witold Domański, Z płk. Karolem Rómmlem niedokończone rozmowy, Koń Polski 4/2002). Po I wojnie światowej ppłk Rómmel i mjr Leon Kon udali się śladem oficerów innych państw do szkół w Pinerolo i Tor di Quinto. To oni, na bazie zdobytych we Włoszech doświadczeń, opracowali i wdrażali polską szkołę jazdy, przyczyniając się do licznych sukcesów sportowych i rozkwitu polskiej kawalerii. Reprezentantem i popularyzatorem włoskiej szkoły jazdy był m.in. Adam Królikiewicz.(Wikipedia)
            Jak to wyglądało w czasie wojny z Rosją Radziecką znajdzie czytelnik we wspomnieniach gen. dyw. Franciszka Skibińskiego „Ułańska Młodość” (Warszawa 1989, WMON). Generał pisał o płk Sergiuszu Zahorskim „Grzybku” (uczestnik Olimpiady w Sztokholmie 1912 r. w barwach rosyjskich):
„Wspomniałem już, że jego hobby było naskakiwanie koni. Nieco później w Korcu, mieliśmy ze dwa dni przerwy w działaniach. Rano Grzybek nakazał wszystkim oficerom stawić się konno na rynku. Patrzymy, a tu ułani ustawili tor przeszkód z drabin, dyszli, stołów itp., pułkownik zaś powiada: „Proszę panów, kawalerzysta jeżeli nie wojuje, powinien zajmować się sportem. My dzisiaj nie wojujemy, więc zajmiemy się sportem”. Pierwszy przeskoczył parcours i nam kazał skakać.” (str. 142) Zwracam uwagę, że autor mówi o naskakiwaniu koni a nie o ćwiczeniu wysokich skoków. Chodziło o to, aby koń chętnie skakał przeszkody o wysokości, z którymi mógł się spotkać w terenie, jak różnego rodzaju płoty do 1 m.  wysokości, wozy, zwalone pnie drzew itp. Było to zgodne z ideą Caprillego o sprawności konia i jeźdźca w każdym terenie. Wszystkie konie, które trafiały do pułków jazdy ze szwadronów zapasowych były naskakane.  O słuszności, takiego przygotowania wierzchowców świadczy następujące wspomnienie z wojny 1920 r. (niestety nie pamiętam autora). Kawalerzysta polski z meldunkiem przemierzał ukraiński step. Po drodze został wypatrzony przez wrogi patrol, który ruszył za nim w pogoń. Uciekający nasz kawalerzysta wypatrywał z niepokojem jakiejś wsi. Wszystkie w tym rejonie były otoczone płotami a jego koń wojskowy był naskakany. Wierzchowce czerwonych, pochodzące z rekwizycji nie przechodziły żadnego szkolenia. W końcu na horyzoncie pojawiła się wieś. Ułan przeskoczył otaczający osadę płot. Gdy po kilkudziesięciu metrach obejrzał się zobaczył patrol bolszewicki stojący bezradnie przed tą niepokonaną dla jego koni przeszkodą. Przesadził płot po drugiej stronie wsi i już bez przeszkód dotarł z meldunkiem do celu.
            Szkolenie skokowe koni w kawalerii polegało na pokonywaniu bardzo różnorodnych ale nie wysokich przeszkód. Stąd najczęstsze sukcesy zespołowe naszych kawalerzystów na Igrzyskach Olimpijskich to WKKW, konkurencja powstała na bazie wojskowych zawodów w pułkach jazdy. Po usunięciu konkurencji czysto wojskowych, jak władanie szablą, lancą i strzelanie z konia  pozostał Wszechstronny Konkurs Konia Wierzchowego gdzie maksymalna wysokość przeszkód nie przekracza 130 cm. a szerokość rowu 400 cm.
            Co innego konkurencja skoków, gdzie trzeba było trafić zdrowego konia o skokowych predyspozycjach, którego szkolenie nie przynosiło korzyści czysto kawaleryjskich. Takie konie były zawsze rzadkie i bardzo drogie. Polscy oficerowie kawalerii szukali takich koni wśród koni remontowych, które trafiały do pułków ale to była loteria. Najlepszym przykładem jest Pikador majora Królikiewicza (olimpijscy medaliści), koń z demobilu amerykańskiego, który początkowo ciągał beczkę z wodą w koszarach 1 Pułku Szwoleżerów JP. Drugiego takiego już nie trafił. Por. Michał Gutowski kupił prywatnie klacz „Hanum” od kolegi, który z koniem nie mógł sobie dać rady. Klacz okazała się znakomitym skoczkiem ale występowała jako koń prywatny z powodu zbyt małego wzrostu (147 cm w kłębie).
            Inna kwestia to fakt, że sport jeździecki nie był głównym przedsięwzięciem oficera kawalerii, który miał za zadanie przygotowywać powierzonych mu ludzi i pododdział do obrony kraju. Wspomniany już por. Michał Gutowski po Olimpiadzie w Berlinie w 1936 r. zrezygnował ze sportu, jako głównego zajęcia i zajął się pracą czysto wojskową  Wrzesień 1939 r. zastał go jako rotmistrza, dowódcę 1 szwadronu w 17 Pułku Ułanów Wielkopolskich.
            Konie wojskowe o wybitnych talentach sportowych zostały pod koniec XX- lecia międzywojennego zebrane w grupie koni sportowych w CWK w Grudziądzu. Miały służyć wszystkim oficerom startującym w zawodach międzynarodowych.  Nie poszły na wojnę, jako konie bojowe lecz zostały ewakuowane  na wschód. Niestety zostały zbombardowane w Górze Kalwarii i grupa sportowa przestała istnieć. Jako przykład losów polskich koni sportowych niech posłuży historia Arlekina III, konia rtm. Leliwy Roycewicza z Olimpiady w Berlinie.


rtm. Leliwa Roycewicz na Arleinie III w Berlinie


Arlekin III,
prawdopodobnie ostatnie zdjęcie.

            „W 1937 r. zakończona została organizacja wyczynowej grupy sportowej w CWK w Grudziądzu” (1, str. 261). Arlekin III, koń rtm. Roycewicza, na Olimpiadzie w Berlinie w 1936 r. został zakwalifikowany do tej grupy.
„Tuż przed wybuchem II wojny światowej konie Grupy Sportu Konnego zostały ewakuowane z Grudziądza i skierowano je do koszar 1 Pułku Strzelców Konnych w Garwolinie. Zdążając tam pieszym marszem, zatrzymano się na wypoczynek pod Górą Kalwarią i ulokowano konie w dużej stodole. W tym czasie miał miejsce nalot lotniczy, bomba trafiła w stodołę, pozabijała konie, a reszty zniszczenia dokonał gwałtowny pożar.”(1, str. 303). Tak kończy się informacja o losach koni Grupy Sportu Konnego w „Dziejach konkursów hipicznych w Polsce” Witolda Pruskiego. Kataklizm, jaki spotkał nasz kraj, stawiał przed ludźmi większe problemy niż los kilku koni.
            W 1994 r. nawiązałem kontakt z Kołem Pułkowym 1 Pułku Szwoleżerów JP. Szczególnie bliskie stosunki łączyły mnie ze śp. Zastępcą Przewodniczącego Koła, ppłk w st. spocz. doktorem Zdzisławem Klawe. Pan Zdzisław, pochodzący ze znanej rodziny warszawskich przemysłowców, już jako młody człowiek brał udział w konkursach hipicznych i żywo interesował się tą dziedziną sportu. Jesienią 1938 r. rozpoczął służbę wojskowa w Szkole Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu. Miał tam możliwość oglądać treningi koni Grupy Sportu Konnego i zapamiętać te najsłynniejsze, które startowały na Olimpiadzie w Berlinie. Tuż przed wybuchem wojny podchorąży Klawe został skierowany do 1 Pułku Szwoleżerów, w którym odbył całą Kampanię Wrześniową. Uniknął niewoli i kontynuował służbę w tych samych barwach w konspiracyjnych strukturach pułku w ZWZ AK. Za walki w Powstaniu Warszawskim został odznaczony Orderem Wojennym Virtuti Militari. Po wojnie został lekarzem.
             W trakcie jednego z naszych spotkań pan Zdzisław pokazał mi zdjęcie wykonane wiosną 1940 r. „To ja z Arlekinem III” powiedział pan pułkownik. Następnie potoczyła się opowieść o młodym podporuczniku i słynnym koniu sportowym.
podchorży Zdzisław Klawe z Arlekinem III - wiosna 1940 r.
            „W drugiej połowie września 1939 r. gospodarz z okolic Góry Kalwarii przyprowadził do Instytutu Biologicznego w Drwalewie konia z rozległymi, zaropiałymi ranami oparzeniowymi na szyi, karku i grzbiecie. Rozmieszczenie
i rozległość ran na długi czas uniemożliwiały użytkowanie konia
w gospodarstwie. Pan Henryk Makarski, administrator Drwalewa, nie zidentyfikował konia, ale ocenił go i kupił za wóz ziemniaków. Sprzedający uważał, że pieniądze polskie będą bezwartościowe, ziemniaki zaś sprzedawał na przedpolu walczącej jeszcze Warszawy. Z nieskładnych informacji pan Makarski dowiedział się, że koń wydostał się wraz z innym z płonącej stajni położonej 3 – 4 kilometry od Góry Kalwarii. O losach drugiego konia sprzedający wyraźnie nie chciał mówić.
            W połowie listopada zobaczyłem kupionego konia; był w dobrej formie i mogłem go rozpoznać. Ubytki poparzeniowe pokryte były naskórkiem z niewielkimi ogniskami ziarniny. W styczniu ubytki całkowicie pokryły się naskórkiem, pojawiły się kępki sierści. W marcu konia zacząłem siodłać i oprowadzać bez obciążenia. Starannie kontrolowane czucie i odruchy w okolicach wygojonych. W kwietniu rozpocząłem godzinne pełne treningi.
W maju w Drwalewie pojawiła się niemiecka komisja wojskowo –  weterynaryjna. Oglądając zgromadzone tam liczne konie, oficerowie niemieccy wyraźnie zwrócili uwagę na Arlekina. Instytut Biologiczny został przejęty przez Niemców, co uniemożliwiło mi dalszy kontakt z koniem” (maszynopis dr Klawe)

1.      Witold Pruski, Dzieje Konkursów Hipicznych w Polsce, Wydawnictwo Sport i Turystyka, Warszawa 1982.



                                                     rtm. Robert Woronowicz
 

środa, 28 lutego 2018

Koń w kawalerii II RP, kilka uwag - artykuł do Hodowca i Jeździec.

„Bo w sercu ułana gdy położysz je na dłoń, na pierwszym miejscu panna, przed panną tylko koń”, czyli o koniach w kawalerii II RP


II Rzeczpospolita kojarzy nam się z kawalerią i spowodowaną tym dużą ilością koni w wojsku. Najczęstsze obrazy, które zapadają nam w pomięć, to twórczość Wojciecha i Jerzego Kossaków przedstawiająca ten malowniczy rodzaj wojska oraz liczne zdjęcia chor. Witczaka-Witaczyńskiego zdobywające w przedwojennej Polsce nagrody w konkursach fotograficznych. Krytyka przedwrześniowej armii polskiej też sprowadza się głównie do zarzutów, że Polacy, naród kochający się w koniach, zamiast tworzyć wojska pancerne i zmechanizowane zamknął się w tej, jakoby ulubionej przez Marszałka, broni. Nawet w pamiętnikach Winstona Churchilla zaistniało stwierdzenie, że Polska z całą swoją kawalerią nie poradziła sobie z niemieckimi wojskami pancernymi. W domyśle – dlatego alianci nie pomogli nam we Wrześniu, bo jak tu pomagać romantykom, którzy zamiast czołgów woleli konie.

      Jak to było naprawdę z końmi w kawalerii naszego wojska XX-lecia międzywojennego?

Podstawowym problemem polskiej kawalerii w latach XX ubiegłego wieku był brak koni. Wprawdzie koni jako takich nie było mało, ale panował olbrzymi niedobór koni wierzchowych.
Konie były tak powszechne w całym świecie dwudziestolecia międzywojennego, że cały czas aktualne było hasło z Nowych Aten (XVIII w.) ks. Chmielowskigo – Koń jaki jest, każdy widzi. Ilość polskiej kawalerii nie wynikała z miłości Polaków do tych zwierząt ani z afektu Marszałka Józefa Piłsudskiego. Marszałek po walkach Leginów pod Kostiuchnówką wręcz nie lubił kawalerii, widząc jak wielkie straty (po stronie rosyjskiej) ponosiła ona w czasie walk pozycyjnych. Tego rodzaju wojska używał jednak z powodzeniem w wojnie manewrowej jako jedynego w tamtych czasach (1918 – 1920) rodzaju wojsk szybkich niezbędnych do prowadzenia tego typu działań. 
W XX leciu międzywojennym polska kawaleria składała się z 40 pułków: 3 pułków szwoleżerów, 27 ułanów, 10 strzelców konnych oraz z towarzyszących im 10 dywizjonów artylerii konnej. Ilość ta nie wynikała z preferencji Polaków, ale była pochodną polsko-francuskiej umowy wojskowej z początku lat dwudziestych XX w. 

Tak więc nie był to pomysł polski, ale wymagania naszego głównego europejskiego sojusznika.

Kiedy w roku 1919 ukazała się „Tymczasowa instrukcja dla rejestracji koni remontowych” i rozkaz Ministerstwa Spraw Wojskowych w Dzienniku Rozkazów Wojskowych z tegoż roku wyznaczający przy każdym Okręgu Wojskowym stałą Komisję Remontową oraz podający, jak zakupywane konie mają być klasyfikowane, obowiązywał podział na cztery klasy: wierzchowe oficerskie, kawaleryjskie, artyleryjskie i taborowe. W pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości, podczas wojny polsko-sowieckiej, nie zwracano specjalnej uwagi na przynależność koni do właściwego typu, ponieważ panował ogólny niedobór koni nie tylko w armii, ale i w całym kraju i wcielano do szeregów nie to, co należało, lecz to, co było możliwe. Oczywiście starano się dobierać dla kawalerii konie wierzchowe, a dla artylerii pociągowe, ale instrukcja nie dzieliła wtedy koni na właściwe dla poszczególnych rodzajów artylerii – polowej, ciężkiej i konnej, a także górskiej. W praktyce Komisje Remontowe starały się dobierać konie tak, aby były odpowiednie do ciężaru, który miały ciągnąć.
Dopiero w maju 1923 roku rozpoczął się pierwszy zakup koni, zorganizowany przez pokojowe Komisje Remontowe. Okazało się jednak, że kraj po zniszczeniach wojennych nie ma zupełnie koni zdatnych do wojska. I chociaż Polska miała już w tym czasie około 4 milionów koni, to stan ówczesnej hodowli koni był zastraszający (Lesław Kukawski, Konie kawalerii II RP).
Kupowano więc konie dla kawalerii za granicą, głównie w Irlandii, na Węgrzech, a jeszcze w czasie wojny z sowietami od Ekspedycyjnego Korpusu Amerykańskiego, który przed powrotem do Stanów Zjednoczonych sprzedawał w Europie, co mógł. Nota bene słynny Pikador majora Królikiewicza był koniem z demobilu amerykańskiego i początkowo ciągał beczkę z wodą w koszarach 1 Pułku Szwoleżerów JP. Dużą ilość stanowiły konie przejęte od  kawalerii zaborców, drugi słynny koń mjr. Królikiewicza, Jasiek był koniem służącym wcześniej w CK wojsku.

Kłopoty polskiej kawalerii z ilością koni odbijały się niekorzystnie na organizacji tej broni. Zaraz po Wojnie o Niepodległość i Granice (1918 – 1921) obowiązywał system czwórkowy. Pułk kawalerii (na stopie pokojowej 879 koni) składał się z czterech szwadronów liniowych, szwadron z czterech plutonów. Podstawowym szykiem marszowym była kolumna czwórkami. Do walki pieszej, która była podstawową formą walki, na czterech kawalerzystów trzech spieszało się a jeden koniowodny zostawał na cztery konie. Na skutek ciągłego braku koni  a zarazem konieczności wywiązywania się z umowy wojskowej z głównym sojusznikiem w 1930 r. zmieniono organizację pułku. Szwadrony zmniejszono o jeden pluton a podstawową kolumną marszową stała się kolumna trójkami. Do walki pieszej na trzech żołnierzy spieszało się jedynie dwóch, czyli siła ogniowa zmniejszyła się o 1/3. Jeden koniowodny zostawał na trzy konie. Tę zmniejszoną siłę ogniową przed wybuchem wojny starano się uzupełnić wprowadzając w pułkach pododdziały kolarzy (nie musieli wydzielać koniowodnych). Zmiany organizacyjne zmniejszyły ilość koni w pułku, dodatkowo podzielono pułki na dwie grupy. Grupa I (nadgraniczna), 15 pułków, na stopie pokojowej liczyła 736 koni każdy (razem 11040). Grupa II to pozostałe pułki, które na stopie pokojowej liczyły po 532 konie. Po ogłoszeniu mobilizacji każdy pułk osiągał liczbę ok. 860 koni w tym 660 wierzchowych. 

            W ten sposób zdołała się Polska wywiązać z umowy sojuszniczej, chociaż w kampanii wrześniowej okazało się to nie mieć żadnego znaczenia. 

            Problemy z ilością koni spowodowały działalność państwa na rzecz rozwoju hodowli koni remontowych w kraju. Zrzeszenia hodowców zaczęły urządzać wystawy i pokazy koni remontowych, jeszcze przed okresem zakupów koni w danym roku, pokazując na nich najlepsze okazy oferowane do sprzedaży. Dzięki regionalnym i ogólnopolskim pokazom zaczął się krystalizować obraz hodowli konia remontowego na terenie kraju.                
Najbardziej rozwijała się hodowla konia remontowego w Wielkopolsce. W innych rejonach kraju sytuacja wyglądała rozmaicie, ale wyraźnie dawał się zauważyć nawrót do produkcji remontów tam, gdzie istniała już tradycja hodowlana sprzed I wojny światowej.                             
 Za konia remontowego płacono o wiele więcej niż za konia niezaszeregowanego do służby wojskowej. Hodowca koni remontowych miał również ułatwiony dostęp do ogierów z państwowych stad.
            Od końca lat dwudziestych, kiedy wykształciła się hodowla koni dla wojska w kraju, kupowano je wyłącznie od hodowców, rezygnując całkowicie z zakupów u handlarzy. Duży nacisk kładziono na łagodne obchodzenie się z koniem, który miał być remontem.

Kupowano dla kawalerii konie, które miały ukończone 3 lata, zupełnie surowe. W pułkach kawalerii przydzielane co roku młode konie były wcielane do szwadronów zapasowych, pod opiekę podoficerów ujeżdżaczy i szeregowców starszego rocznika, dobrych jeźdźców i tam powoli wdrażano je do służby w szeregach. Odbywało się to zgodnie z obowiązującą, zatwierdzoną do użytku służbowego przez Ministerstwo Spraw Wojskowych „Instrukcją ujeżdżania koni” z roku 1928, unieważnioną następnie w roku 1936 przez wprowadzenie nowej rozszerzonej wersji, zatwierdzonej do użytku służbowego przez Ministra Spraw Wojskowych, gen. dyw. Tadeusza Kasprzyckiego. Koń był przygotowywany do służby do ukończenia pięciu i pół roku. Następnie trafiał do szwadronu liniowego, jednak do ukończenia sześciu lat był oszczędzany jako koń młody, np. w ograniczonym stopniu był wykorzystywany w manewrach międzybrygadowych.

            „Instrukcja ujeżdżania koni” z roku 1936 powinna być znana każdemu właścicielowi młodego konia. Mówi ona, co należy z nim robić od 3 roku życia do ukończenia 5,5 lat. Poniżej cytuję kilka paragrafów z rozdziału A – Zasady ogólne:

2. Określenie ujeżdżenia
[…] Ćwiczenia muszą być stosowane stopniowo i w taki sposób, aby każde nowe wynikało z poprzedniego. Systematyczne ujeżdżenie z uwzględnieniem indywidualnej budowy, temperamentu i charakteru może nawet najgorsze konie odpowiednio przygotować do służby, natomiast wadliwa praca psuje konie, choćby miały z natury najlepsze dane. […]

4. Ujeżdżenie pod względem psychicznym
Ujeżdżenie pod względem psychicznym polega na nauczeniu konia rozumienia wszelkich pomocy, czyli środków, którymi jeździec przekazuje mu swoją wolę, oraz na wyrobieniu w koniu zaufania do jeźdźca i posłuszeństwa jego woli.
Praca ta wymaga od jeźdźca niezwykłej cierpliwości i łagodności, a zarazem energii i stanowczości, t. j. tych cech, które muszą znamionować każdego człowieka, dążącego do porozumienia się ze zwierzęciem i do podporządkowania go swej woli.
Ujeżdżacz musi się trzymać zasady, nakazującej szukania przyczyny niepowodzeń przede wszystkim w swym nieodpowiednim postępowaniu, następnie w budowie konia, a w końcu dopiero w jego trudnym charakterze.  

To zaledwie próbka, tekst ma ponad 230 stron. Jak w każdym dokumencie przedwojennej kawalerii, w instrukcji nie ma zbędnego słowa. Wykorzystuje ona kilkusetletnie doświadczenia obcowania z końmi w jeździe polskiej, rosyjskiej i europejskiej. Przygotowane wg niej konie miały służyć w armii do 16 roku życia, następnie były wybrakowywane i sprzedawane na rynku cywilnym. Nigdy nie brakowało kupców.
Niestety „Instrukcja…” ta jest dzisiaj prawie zupełnie nie znana, a ci, którzy o niej wiedzą, nie doceniają jej. Można wg niej znakomicie i wszechstronnie przygotować konia do intensywnego treningu również, gdy koń będzie już całkowicie rozwinięty i dorosły. Pozwala ona uniknąć przeciążenia go pracą w czasie, gdy jego organizm pod względem fizycznym i psychicznym nie jest jeszcze do tego gotowy do intensywnej pracy, a co często zdarza się w naszym świecie jeździeckim. Koń ujeżdżany zgodnie z tą instrukcją będzie służył właścicielowi długie lata. Stwierdzam to na przykładzie własnej klaczy, która ma 27 lat i cały czas chodzi pod siodłem.

            Gdy krajowa hodowla wyszła z powojennej zapaści, zaczęto myśleć o ujednolicaniu maści końskich w oddziałach. Przede wszystkim dobierano konie jednej maści w szwadronach i w plutonach służb. Plutony łączności i trębacze jeździli na siwkach. Udało się także ujednolicić maści w niektórych pułkach, 1 Pułk Szwoleżerów JP jeździł na koniach gniadych, 3 Pułk Szwoleżerów Mazowieckich na karych a 15 Pułk Ułanów Poznańskich na kasztanach.
W związku z maściami końskimi przytaczam opowieść gen. Michała Gutowskiego, który przed II Wojną Światową służył w 17 Pułku Ułanów Wielkopolskich.

Malowany szwadron
ze wspomnień gen. Michała Gutowskiego,
spisane przez rtm. Roberta Woronowicza

Mniej więcej 15 lat temu podczas przeglądu koni w Szwadronie Kawalerii WP w Starej Miłosnej Generał Michał Gutowski wspomniał zdarzenie z maja 1939 r., które miało zakończenie po wojnie w Londynie. Wspomnienie Generała przytaczam z pamięci jako ciekawy obrazek z życia przedwojennej kawalerii. Generał opowiadał:
            W maju 1939 r. 17 Pułk Ułanów Wielkopolskich, w którym służyłem nieprzerwanie od zakończenia nauki w CWK, miał otrzymać nowy, zgodny z przepisami sztandar. Wręczenia sztandaru miał dokonać Marszałek Śmigły-Rydz w czasie obchodów uroczystości 20-lecia Pułku.
            Pełniłem wówczas funkcję dowódcy 1 szwadronu. Z powodu znakomitego wyglądu koni w moim pododdziale (dodatkowy owies od zaprzyjaźnionych ziemian wielkopolskich) mój szwadron został wyznaczony do powitania delegacji na dworcu w Lesznie. W trakcie tej uroczystości podszedł do mnie adiutant generała Regulskiego (inf. opow.) znajdującego się w grupie dostojników towarzyszących Marszałkowi. Oficer ów przekazał mi gratulacje od Generała za znakomity wygląd szwadronu. Zasalutowałem szablą trzykrotnie w podziękowaniu.
            Następny raz spotkałem Generała już po wojnie w Londynie. Odwiedziłem go wówczas w jego skromnym mieszkaniu. Generał pogratulował mi szczęścia żołnierskiego w czasie mojej służby w 1 Dywizji Pancernej gen. Maczka. Jednak rzeczą, która najbardziej utkwiła w jego pamięci, był mój szwadron honorowy z uroczystości w maju 1939 r.
            Wtedy wstałem i powiedziałem
- Panie generale muszę się przyznać, że szwadron był malowany.
A było tak: gdy stanęliśmy z szefem szwadronu przed stojącym na przeglądzie pododdziałem, odezwałem się w te słowa:
            - Józiu (do podoficerów, którzy niczym nie podpadli, mówiło się po imieniu), tak nie może być!
Pomimo wymiany koni z dużymi odmianami w innych szwadronach, nie wyglądało to najlepiej. Wprawdzie wszystkie konie były kare, ale wyraźnie rzucały się w oczy różne małe odmiany. Tu strzałka, tam kwiatek, tu pęcina, tam skarpetka – to nie był „mój” szwadron honorowy.
Szef drapał się po głowie, nagle mówi:
        Panie Rotmistrzu, pomalujemy je.
        Czyś ty zwariował?!
        Panie Rotmistrzu, jak cyganie ukradną konia, to tak go przemalują, że właściciel go nie pozna.
        Czego ci potrzeba i ile czasu?
        Panie Rotmistrzu, pięć złotych i dwie godziny.
        Dobrze. Pierwszy szereg ma mieć gwiazdkę i strzałkę, drugi tylko gwiazdkę, żadnych odmian na nogach Jak będzie gotowe, zamelduj.
Po dwóch godzinach wachmistrz melduje gotowość do przeglądu. Idziemy, patrzę – szwadron jak malowany (w rzeczywistości malowany) – odmiany zgodnie z moim rozkazem. Pytam szefa:
        Jak to zrobiłeś ?
Szef pokazuje mi puszkę białej farby olejnej i czarną pastę do butów.
        I tak to było Panie Generale.
Zakończyłem opowieść. Generał wstał z fotela, wyjął z szafki butelkę koniaku przechowywaną na lepsze czasy, otworzył, nalał do kieliszków – Wypijmy za ten pański malowany szwadron – powiedział.


            To zaledwie kilka informacji o koniach w kawalerii II RP. Jest to temat niezgłębiony, jak niezgłębiony jest kontakt człowieka z tym niezwykłym zwierzęciem, które zajmuje szczególne miejsce w historii Naszego Kraju.


                                                                        rtm. Robert Woronowicz