sobota, 8 września 2018




Niezwykłe dzieje niezwykłego obrazu.



     

         Opowieść muszę zacząć od krótkiej informacji o mojej rodzinie. Matka ojca Zofia Bibianna z domu Lindner miała braci, którzy mieli szczególny związek z końmi oraz z Wojskiem Polskim II RP. Jeden z rodzonych braci Babci, Władysław był zawodowym oficerem piechoty w 62 Pułku Piechoty w Bydgoszczy.
 kpt. Władysław Lindner


Drugi – Stefan malował konie. Brat cioteczny Wacław Bauer pracował na Torach Wyścigów Konnych w Warszawie na Służewcu. Zaczął przed II WŚ, a skończył w PRL jako Główny Księgowy. W sumie przepracował na Wyścigach 40 lat. W 1944 roku, po upadku Powstania Warszawskiego, jeździł z hrabią Komorowskim do gubernatora GG Hansa Franka w celu uzyskania decyzji o rozminowaniu Toru Wyścigów Konnych na Służewcu, które jak cała Stolica były przygotowane do wysadzenia. Udało się, podobno jednym z powodów, które przedstawiono Gubernatorowi był argument, gdzie Niemcy będą urządzać wyścigi, jak już wygrają wojnę. W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku pełnił funkcję skarbnika w Komitecie Budowy Pomnika 1000-lecia Jazdy Polskiej.
 
Jedyny pozostały w rodzinie portret konia autorstwa Stefana Lindnera, zdjęcie wykonał mój brat cioteczny Piotr Karbownicki, właściciel obrazu.
       
  Brat stryjeczny Babci Zosi, Sławomir Lindner będzie głównym bohaterem opowieści. Jako młodzieniec trudny został przez rodziców wysłany do Korpusu Kadetów w Rawiczu. Wszystkim polecam jego wspomnienia Ale serce boli. Wspomnienia starego kadeta (Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1983).

 Po skończeniu Korpusu ukończył Szkołę Oficerów Piechoty w Ostrowi Mazowieckiej. Chciał iść do SPK w Grudziądzu, ale ojciec powiedział "nie chcę mówić, że mam mądrą córkę (studiowała) i syna ułana" (patrz wspomnienia). Po awansie na pierwszy stopień oficerski rozpoczął służbę w 55 Pułku Piechoty pod dowództwem płk. Roweckiego (późniejszy dowódca ZWZ AK gen. "Grot") w Lesznie Wlkp.  W Pułku objął funkcję Dowódcy Zwiadu Konnego Pułku – 3 sekcje. Szkolili się  w 17 Pułku Ułanów Wlkp. stacjonującym w tym samym mieście. Tam poznał się  z por. M. Gutowskim (późniejszym generałem). Generał dobrze pamiętał wuja Sławka (tak o nim mówiono w mojej rodzinie) i określał go jako rasowego kawalerzystę. Zwiad konny 55 Pułku Piechoty szkolił się w 17 Pułku Ułanów. Kampanię Wrześniową odbył wuj na Helu z batalionem KOP „Sienkiewicze”. Resztę wojny spędził w oflagu Woldenberg II C. Po wojnie wrócił do Polski. Ponieważ wojsko        w nowej Polsce nie było wymarzonym miejscem dla oficera II RP, zajął się swoją drugą pasją – aktorstwem (patrz wspomnienia). Był aktorem teatralnym, filmowym oraz wykładowcą w Wyższej Szkole Aktorskiej w Warszawie, gdzie wykładał mimikę oraz szermierkę (pamiątka po Korpusie Kadetów).
Na planie "Krzyżaków" przygotowanie pojedynku na topory.




 Grał rolę notorycznego pojedynkowicza, ojca głównego bohatera  w filmie „Rękopis Znaleziony w Saragossie”. Dla kawalerzystów istotną będzie informacja, że jest głównym bohaterem sceny cięcia łóz konno w filmie „Jeszcze słychać śpiew i rżenie koni”. Jest to jedyny film, gdzie tę trudną sztukę pokazuje przedwojenny oficer, który uczył się jej w 17 Pułku Ułanów Wielkopolskich. W filmie gra rolę wachmistrza Ligęzy. Ta scena stała się początkiem historii tytułowego obrazu. Jeśli nie macie serca do obejrzenia całego filmu (YouTube), to polecam minuty od 52 do 54.

Jako wachm. Ligęza

    
 Przygotowanie do cięcia łóz

      Krótka dygresja – nigdy niestety nie miałem okazji poznać osobiście wuja Sławka (w rodzinie o wszystkich braciach Babci mówiło się – wuj). Dziadek Robert (ojciec ojca) miał bardzo złe doświadczenia z komunistami. Rewolucję Październikową przeżył w Petersburgu, gdzie studiował na Politechnice. Studia skończył w Leningradzie w 1921 r. po czym repatriował się do Polski. W 1939 r., jako inżynier zarządzający drogami państwowymi w Kowlu, został z rodziną ogarnięty przez sowietów i zatrudniony na ich kolei. Przed wywiezieniem na Sybir uchronił ich atak niemiecki na ZSRR w czerwcu 1941 r. Jeszcze pod okupacją niemiecką rodzina przeniosła się do Centralnej Polski. Po wojnie, pod rządami komunistów, dziadek (przedwojenny państwowy inżynier) obawiał się utrzymywać kontakt z oficerami II RP, braćmi Babci. O wuju Sławku wiedziałem, że Dziadek podarował mu jakąś broń białą, która była w domu. Kontakty były utrzymywane tylko z wujkiem Wacławem, który pracował na Wyścigach Konnych na Służewcu. Kiedy dorosłem, poprosiłem go o zapoznanie mnie z wujem Sławkiem. Spotkanie zostało umówione, niestety na dwa tygodnie przed umówionym terminem Sławomir Lindner zmarł na atak serca.
         Latem 2013 r. w związku z moją przypadłością (SM) znalazłem się w Ośrodku Rehabilitacyjnym w Konstancinie Jeziornej. Zostałem zakwaterowany wraz z dwoma panami. Po zapoznaniu okazało się, że łączy nas wiele tematów. Pierwszy współlokator, pan Piotr Świda, Dyrektor Muzeum Łowiectwa i Jeździectwa w Warszawie znał mnie z Ośrodka Jeździeckiego przy ul. Kozielskiej, gdzie dowodziłem półszwadronem ułanów SKWP. Drugi współlokator – pan Jakub Zaborowski był konsulem polskim w Los Angeles i w Londynie. Mieliśmy wiele wspólnych zainteresowań dotyczących historii Polski.
         Pewnego dnia zaprosiłem Piotra (ma praktykę jeździecką dłuższą od mojej) do obejrzenia sceny cięcia łóz z filmu „Jeszcze słychać śpiew i rżenie koni”. Podszedł do nas Kuba, spojrzał na ekran laptopa.
-         O wuj Sławek – powiedział.
-         Jak to, twój wuj też? – zapytałem.
-         Nie zupełnie, ale tak Go nazywaliśmy – odpowiedział Kuba, po czym opowiadał:
Opowieść Kuby
„Od czasu studiów mam przyjaciela, obecnie profesora archeologii UW Aleksandra Bursche. Rodzina Bursche posiada w Chyliczkach, tu pod Konstancinem, przedwojenną willę. Tam mieszkał Pan Sławomir Lindner. Był mężem p. Anny Burschówny. Wszyscy mówili do niego Wujku. Pozostał w willi jego pokój z pamiątkami po nim. Militaria, rysunki, rzeźby”
Przypomniałem sobie te fragmenty z życia Wuja między innym umieszczone w jego pamiętnikach (wspomniana książka „Ale serce boli”) oraz fakt, że został pochowany w grobowcu Rodziny Bursche na Powązkach Ewangelickich w Warszawie. Zapytałem natychmiast czy jest możliwość odwiedzenia wspomnianej willi i zobaczenia pamiątek po niepoznanym krewnym. Kuba obiecał to zorganizować.
W jedną z niedziel naszego pobytu w Konstancinie pojechaliśmy do Chyliczek do Pana Profesora, który oczekiwał nas przy wjeździe. Po domu i otaczającym go ogrodzie widać było, że to obiekt przedwojenny. Potwierdził to również wygląd wewnętrzny i układ pokoi, znałem takie budowle z innych okolic Warszawy, jak Komorów i Podkowa Leśna. Z dużym wzruszeniem oglądałem pamiątki po niepoznanym Wuju, miniatury polskich mundurów jego wykonania i wspaniałą płaskorzeźbę w drewnie przedstawiającą parę w strojach ludowych w tańcu (podobno Wuj z małżonką). W czasie zwiedzania uwagę moją zwrócił obraz wiszący w ciemnym przedpokoju przedstawiający oddział żołnierzy na koniach   w charakterystycznych hełmach piechoty polskiej wz. 31. Pierwszy raz widziałem namalowany, jak się domyśliłem, konny zwiad piechoty z okresu II RP. Odjeżdżając zapytałem Gospodarza, czy mogę jeszcze raz przyjechać, aby zrobić zdjęcie tak niespotykanego dzieła. W odpowiedzi Pan Profesor zaprosił Kubę i mnie na kolejną wizytę.
Po dwóch tygodniach zawitaliśmy ponownie w Chyliczkach. Pan Aleksander wyniósł do ogrodu wspomniany obraz więc można było go obejrzeć w pełnej krasie, a nie w ciemnym przedpokoju, wysoko nad drzwiami.
wymiary obrazu: 72 cm x 48 cm

 W tym momencie „tajnia razjasniłas”, jak mówią przyjaciele Moskale („zagadka się rozwiązała”). Na obrazie na czele zwiadu pułkowego jedzie ppor. Sławomir Lindner na klaczy Danusia (patrz książka Wuja Sławka). 


Na dalekim planie stoi na koniu zapewne Dowódca 55 Pułku Piechoty płk Rowecki z adiutantem lub luzakiem. Objaśniłem tę prawdę obu panom i wyjaśniłem, że mimo oglądania nieskończonej ilości obrazów o tematyce kawaleryjskiej nigdy nie spotkałem dzieła o tym rodzaju konnego wojska. Pan Profesor spojrzał na mnie uważnie i zapytał:
-         Podoba Ci się ten obraz ?
-         Oczywiście ! – odpowiedziałem.
-         W takim razie jest Twój – powiedział Gospodarz.
Nie kryłem zachwycenia tak nieoczekiwanym efektem drugiej wizyty, serdecznie podziękowałem za podarunek. Po powrocie z obrazem do domu pozostało jeszcze zidentyfikować twórcę dzieła. W prawym dolnym rogu widnieje podpis artysty, nieczytelny, ale bardzo charakterystyczny. Poprosiłem syna, aby poszukał we wszechwiedzącym Internecie i już po jednym dniu poznaliśmy tożsamość malarza. Był nim Antoni Trzeszczkowski (1902 – 1977), który brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej, a malował głównie kawalerię polską od średniowiecza do II RP. Można go sobie „wygooglować” i obejrzeć inne jego prace. Niestety nie udało się ustalić daty powstania obrazu, czy powstał przed II Wojną, czy już po jej zakończeniu.
Obiecałem Panu Aleksandrowi Bursche, że napiszę o obrazie. Zajęło mi to wprawdzie pięć lat, ale w końcu udało się. Jeszcze raz DZIĘKUJĘ Panie Profesorze.
                                  rtm. Robert Woronowicz        


piątek, 18 maja 2018

O sporcie jeździeckim w kawalerii konnej trochę inaczej czyli drugi artykuł do miesięcznika "Hodowca i koń" nr majowy.

Sport jeździecki w kawalerii konnej II RP


Dwudziestolecie Międzywojenne i polskie osiągnięcia w sporcie jeździeckim to piękna karta naszego sportu i naszej kawalerii. W tamtych czasach jeździectwo było zdominowane przez wojsko z racji posiadania przez każde państwo kawalerii, która dawała znaczną ilość zawodników. W tym okresie polscy oficerowie kawalerii wystąpili między innymi na trzech z pięciu Igrzysk Olimpijskich zdobywając medale w konkurencjach Skoków oraz Wszechstronnego Konkursu Konia Wierzchowego. W Olimpiadzie w Antwerpii w 1920 r. Polska nie brała udziału z racji toczącej się Wojny o Niepodległość, ale już za cztery lata w Paryżu rtm. Adam Królikiewicz na koniu Pikador zdobył brązowy medal w indywidualnym konkursie skoków.



                                          rtm. Adam Królikiewicz na Pikadorze





W 1928 r. w Amsterdamie polscy kawalerzyści zajęli w konkursach drużynowych drugie miejsce (srebrny medal) w konkurencji skoków i trzecie miejsce (brązowy medal) we Wszechstronnym Konkursie Konia Wierzchowego. W Igrzyskach w Los Angeles w 1932 r. Polska nie brała udziału (kryzys). W Berlinie w 1936 r. polska ekipa zdobyła drużynowo Srebrny Medal w WKKW.
Jakie były drogi sportowe naszych jeźdźców znajdzie czytelnik w książce Witolda Pruskiego „Dzieje konkursów hipicznych w Polsce”.
Zastanówmy się jednak, jak i kiedy doszło do wykrystalizowania się dyscyplin sportowych jeździeckich w świecie gdzie kawaleria użytkowała konie od ponad 2000 lat.
Pomijając czasy prehistoryczne i starożytność należy stwierdzić, że kawaleria (i rycerstwo) na koniach bojowych nie skakała. Zwarte szyki wojsk konnych powodowały, że z przeszkodami na trasie szarż trzeba sobie było radzić inaczej.
Oto kilka przykładów z historii jazdy (kawalerii):
Bitwa pod Kłuszynem, 4 lipca 1610 r. Bitwa stoczona została między wojskami polskimi pod dowództwem hetmana polnego koronnego Stanisława Żółkiewskiego (ok. 3000 żołnierzy i 2 działa), a armią moskiewską pod dowództwem kniazia Dymitra Szujskiego (ok. 19 000 żołnierzy i 11 dział)  oraz szwedzkimi posiłkami dowodzonymi przez Jakuba Pontusona De la Gardie (3300 żołnierzy). Wojska naszych przeciwników zajmowały dwie wsie otoczone chruścianymi płotami, za którymi stała ich piechota. Dwa polskie działa bardzo powoli poruszały się słabą drogą na pole bitwy. Jazda, która dotarła wcześniej rozpoczęła ataki, które miały zatrzymać nieprzyjaciół. Wspomniane płoty stanowiły przeszkodę nie do pokonania. Jednak, niektóre chorągwie szły do szarży nawet 10 razy aby zająć wroga. Dopiero dotarcie na pole bitwy dwóch falkonetów (lekkich dział), które swoim ogniem rozbiły ww. płoty, umożliwiło naszej jeździe pobicie nieprzyjaciół. W czasie walki konnica polska nawet nie próbowała skakać chruścianych płotów.

                                                    Szyk chorągwi husarskiej w ataku 

Bitwa pod Wiedniem, 12 września 1683 r., stoczona przez wojska tureckie oblegające Wiedeń a wojskami koalicji antytureckiej (Austria, Niemcy, Polska) pod dowództwem króla Jana III Sobieskiego.
Wojska austriacko – niemieckie rozpoczęły walkę na lewym skrzydle wzdłuż Dunaju, ściągając na siebie główne siły tureckie. W tym czasie Polacy z jazdą, piechotą i artylerią wspinali się na wzgórza Lasu Wiedeńskiego, przez jego bezdroża. Turcy nie skupili tam większych sił, gdyż z tej strony nie spodziewali się ataku. Na skraj Lasu Wiedeńskiego wojska Sobieskiego wyszły dopiero w godzinach popołudniowych. Znajdował się tam rozległy teren doliny rzeczki Wiedenki, opadający łagodnie w kierunku oblężonego Wiednia. Bliżej znajdowało się wielkie obozowisko i spiesznie formujące się oddziały tureckie. W winnicach porastających stoki, poprzedzielanych płotami ukrywały się oddziały janczarów. Król kazał więc generałowi Kątskiemu wysunąć do przodu piechotę i artylerię celem oczyszczenia terenu. Po kilkugodzinnej walce piechurzy z pomocą artylerii wyparli wojska tureckie, rozbili wszelkie płoty i wyrównali teren otwierając drogę kawalerii.
Kolejną decyzją Sobieskiego było wysłanie chorągwi husarskiej porucznika Zbierzchowskiego na rozpoznanie terenu, czy nie kryje rowów, wilczych dołów, aproszy itp. Chorągiew przebiegła cwałem między stanowiskami tureckimi, prowadząc do ich dezorganizacji, ale i ponosząc duże straty. Rozpoznanie potwierdziło dane wywiadowcze, że szarża jazdy z tej strony jest możliwa.
            Szarża polskiej jazdy wraz z kawalerią austriacką i niemiecką (ponad 20 tyś. Jeźdźców) całkowicie rozbiła siły tureckie.
            Tak jak pod Kłuszynem, nikt nie myślał o skakaniu płotów, ich zdobycie i wyrównanie terenu do szarży kawalerii był zadaniem piechoty i artylerii.  
Bitwa pod Waterloo, 18 czerwca 1815 r., stoczona przez armię francuską pod dowództwem Napoleona Bonaparte a wojskami VI Koalicji: armiami angielską Wellingtona i pruską Bluchera. W pewnym momencie bitwy do szarży na czworoboki angielskie została rzucona prawie cała kawaleria francuska, kilkanaście tysięcy koni i jeźdźców. Na pewnym odcinku drogi szarży znajdował się rów, szerszy niż możliwość skoku niewyszkolonego konia o stromej skarpie i przeciwskarpie. Przednie szeregi szarżujących usiłowały zatrzymać konie ale pchane przez tysiące innych uczestników ataku wpadały do rowu. Dopiero gdy się wypełnił reszta kawalerii przeszła po wierzchu. Znamienne, że nikt nie próbował zjeżdżać po skarpie i podjeżdżać, wskakiwać na przeciwskarpę. Nie uczono tego ani koni ani jeźdźców.


                                                  Kawaleria francuska (huzarzy) w ataku.


Sytuacja uległa diametralnej zmianie w końcu XIX w. Szybki rozwój broni palnej piechoty i artylerii, jej szybkostrzelności, zasięgu strzału i jego celności sprawiły, że użycie w dotychczasowy sposób jazdy straciło sens. Niektórzy gotowi byli ogłosić koniec kawalerii na polach bitew.
Wtedy pojawia się kapitan kawalerii Włoskiej Federico Caprilli i jego nowa teoria jazdy konnej, która miała umożliwić kawalerii dostosowanie się do nowych warunków pola walki.

 

                                          Kapitan Federico Caprilli (1868 – 1907)

„Techniki Caprillego i jego pozycja skokowa miały wielki wpływ na szybki rozwój konkurencji skoków konnych przez przeszkody w XX wieku…  Metody Caprillego nie były ukierunkowane tylko na pokonywanie przeszkód. Pierwszym celem było przygotowanie konia do działań bojowych. Chodziło o to, by kawalerzysta posiadł umiejętność panowania nad koniem tak, aby był w stanie pokonać przeszkody na polu walki. Jak zauważa Witold Pruski, w miarę potęgowania się siły ognia i coraz większej roli artylerii funkcja kawalerii musiała ulec zmianie. Doskonale rozumiał to Caprilli, twierdząc, że rola kawalerii sprowadza się do dużej ruchliwości, niespodziewanych ataków i odwrotów w każdych warunkach polowych. Ze względu na tak rozumianą strategię wojskową uważał, że należy lepiej przysposobić konia do poruszania się w terenie. Sam Caprilli tak ujął tę myśl: Koń wojskowy musi być zasadniczo przyzwyczajony do działania w terenie, ponieważ na nim kawaleria jest przeznaczona do wykonania w wojnie swojego zadania. Jego naczelny postulat brzmiał: czas poświęcony na skomplikowane ćwiczenia na maneżu należy przeznaczyć raczej na wyjazd poza mury szkolne.” Wikipedia.


                                                 Ćwiczenia skoków kawalerii niemieckiej

Koncepcje kapitana Caprillego szybko znalazły akceptację w wielu armiach europejskich co znalazło oddźwięk już w czasie rozgrywanych coraz częściej zawodów skokowych, pierwszych Olimpiad i Wielkiej Wojny (I Wojna Światowa) a w powstałej w 1918 r. Armii Polskiej w czasie wojny z sowietami w latach 1919 – 1920. W polskiej kawalerii idee Caprillego zostały zaszczepione przez oficerów służących przed odzyskaniem niepodległości w armii carskiej. Do Rosji idee te przedostały się zaś za sprawą rtm. Pawła Rodzianko, który odbył szkolenie we Włoszech w 1907 r. Po powrocie zaczął wprowadzać metody włoskiej szkoły. Znalazła ona wielu zwolenników wśród carskich oficerów i szybko się zakorzeniła w Rosji. Jednym z pierwszych, którzy przejęli ten styl jazdy, był Karol Rómel, służący wówczas w Petersburgu. Podpatrywał on nowinki przekazywane adeptom w Michajłowskim Maneżu, co w efekcie zaowocowało tym, że zakwalifikował się do udziału w Igrzyskach Olimpijskich w Sztokholmie w 1912 r. jeszcze w barwach rosyjskich(zob. Witold Domański, Z płk. Karolem Rómmlem niedokończone rozmowy, Koń Polski 4/2002). Po I wojnie światowej ppłk Rómmel i mjr Leon Kon udali się śladem oficerów innych państw do szkół w Pinerolo i Tor di Quinto. To oni, na bazie zdobytych we Włoszech doświadczeń, opracowali i wdrażali polską szkołę jazdy, przyczyniając się do licznych sukcesów sportowych i rozkwitu polskiej kawalerii. Reprezentantem i popularyzatorem włoskiej szkoły jazdy był m.in. Adam Królikiewicz.(Wikipedia)
            Jak to wyglądało w czasie wojny z Rosją Radziecką znajdzie czytelnik we wspomnieniach gen. dyw. Franciszka Skibińskiego „Ułańska Młodość” (Warszawa 1989, WMON). Generał pisał o płk Sergiuszu Zahorskim „Grzybku” (uczestnik Olimpiady w Sztokholmie 1912 r. w barwach rosyjskich):
„Wspomniałem już, że jego hobby było naskakiwanie koni. Nieco później w Korcu, mieliśmy ze dwa dni przerwy w działaniach. Rano Grzybek nakazał wszystkim oficerom stawić się konno na rynku. Patrzymy, a tu ułani ustawili tor przeszkód z drabin, dyszli, stołów itp., pułkownik zaś powiada: „Proszę panów, kawalerzysta jeżeli nie wojuje, powinien zajmować się sportem. My dzisiaj nie wojujemy, więc zajmiemy się sportem”. Pierwszy przeskoczył parcours i nam kazał skakać.” (str. 142) Zwracam uwagę, że autor mówi o naskakiwaniu koni a nie o ćwiczeniu wysokich skoków. Chodziło o to, aby koń chętnie skakał przeszkody o wysokości, z którymi mógł się spotkać w terenie, jak różnego rodzaju płoty do 1 m.  wysokości, wozy, zwalone pnie drzew itp. Było to zgodne z ideą Caprillego o sprawności konia i jeźdźca w każdym terenie. Wszystkie konie, które trafiały do pułków jazdy ze szwadronów zapasowych były naskakane.  O słuszności, takiego przygotowania wierzchowców świadczy następujące wspomnienie z wojny 1920 r. (niestety nie pamiętam autora). Kawalerzysta polski z meldunkiem przemierzał ukraiński step. Po drodze został wypatrzony przez wrogi patrol, który ruszył za nim w pogoń. Uciekający nasz kawalerzysta wypatrywał z niepokojem jakiejś wsi. Wszystkie w tym rejonie były otoczone płotami a jego koń wojskowy był naskakany. Wierzchowce czerwonych, pochodzące z rekwizycji nie przechodziły żadnego szkolenia. W końcu na horyzoncie pojawiła się wieś. Ułan przeskoczył otaczający osadę płot. Gdy po kilkudziesięciu metrach obejrzał się zobaczył patrol bolszewicki stojący bezradnie przed tą niepokonaną dla jego koni przeszkodą. Przesadził płot po drugiej stronie wsi i już bez przeszkód dotarł z meldunkiem do celu.
            Szkolenie skokowe koni w kawalerii polegało na pokonywaniu bardzo różnorodnych ale nie wysokich przeszkód. Stąd najczęstsze sukcesy zespołowe naszych kawalerzystów na Igrzyskach Olimpijskich to WKKW, konkurencja powstała na bazie wojskowych zawodów w pułkach jazdy. Po usunięciu konkurencji czysto wojskowych, jak władanie szablą, lancą i strzelanie z konia  pozostał Wszechstronny Konkurs Konia Wierzchowego gdzie maksymalna wysokość przeszkód nie przekracza 130 cm. a szerokość rowu 400 cm.
            Co innego konkurencja skoków, gdzie trzeba było trafić zdrowego konia o skokowych predyspozycjach, którego szkolenie nie przynosiło korzyści czysto kawaleryjskich. Takie konie były zawsze rzadkie i bardzo drogie. Polscy oficerowie kawalerii szukali takich koni wśród koni remontowych, które trafiały do pułków ale to była loteria. Najlepszym przykładem jest Pikador majora Królikiewicza (olimpijscy medaliści), koń z demobilu amerykańskiego, który początkowo ciągał beczkę z wodą w koszarach 1 Pułku Szwoleżerów JP. Drugiego takiego już nie trafił. Por. Michał Gutowski kupił prywatnie klacz „Hanum” od kolegi, który z koniem nie mógł sobie dać rady. Klacz okazała się znakomitym skoczkiem ale występowała jako koń prywatny z powodu zbyt małego wzrostu (147 cm w kłębie).
            Inna kwestia to fakt, że sport jeździecki nie był głównym przedsięwzięciem oficera kawalerii, który miał za zadanie przygotowywać powierzonych mu ludzi i pododdział do obrony kraju. Wspomniany już por. Michał Gutowski po Olimpiadzie w Berlinie w 1936 r. zrezygnował ze sportu, jako głównego zajęcia i zajął się pracą czysto wojskową  Wrzesień 1939 r. zastał go jako rotmistrza, dowódcę 1 szwadronu w 17 Pułku Ułanów Wielkopolskich.
            Konie wojskowe o wybitnych talentach sportowych zostały pod koniec XX- lecia międzywojennego zebrane w grupie koni sportowych w CWK w Grudziądzu. Miały służyć wszystkim oficerom startującym w zawodach międzynarodowych.  Nie poszły na wojnę, jako konie bojowe lecz zostały ewakuowane  na wschód. Niestety zostały zbombardowane w Górze Kalwarii i grupa sportowa przestała istnieć. Jako przykład losów polskich koni sportowych niech posłuży historia Arlekina III, konia rtm. Leliwy Roycewicza z Olimpiady w Berlinie.


rtm. Leliwa Roycewicz na Arleinie III w Berlinie


Arlekin III,
prawdopodobnie ostatnie zdjęcie.

            „W 1937 r. zakończona została organizacja wyczynowej grupy sportowej w CWK w Grudziądzu” (1, str. 261). Arlekin III, koń rtm. Roycewicza, na Olimpiadzie w Berlinie w 1936 r. został zakwalifikowany do tej grupy.
„Tuż przed wybuchem II wojny światowej konie Grupy Sportu Konnego zostały ewakuowane z Grudziądza i skierowano je do koszar 1 Pułku Strzelców Konnych w Garwolinie. Zdążając tam pieszym marszem, zatrzymano się na wypoczynek pod Górą Kalwarią i ulokowano konie w dużej stodole. W tym czasie miał miejsce nalot lotniczy, bomba trafiła w stodołę, pozabijała konie, a reszty zniszczenia dokonał gwałtowny pożar.”(1, str. 303). Tak kończy się informacja o losach koni Grupy Sportu Konnego w „Dziejach konkursów hipicznych w Polsce” Witolda Pruskiego. Kataklizm, jaki spotkał nasz kraj, stawiał przed ludźmi większe problemy niż los kilku koni.
            W 1994 r. nawiązałem kontakt z Kołem Pułkowym 1 Pułku Szwoleżerów JP. Szczególnie bliskie stosunki łączyły mnie ze śp. Zastępcą Przewodniczącego Koła, ppłk w st. spocz. doktorem Zdzisławem Klawe. Pan Zdzisław, pochodzący ze znanej rodziny warszawskich przemysłowców, już jako młody człowiek brał udział w konkursach hipicznych i żywo interesował się tą dziedziną sportu. Jesienią 1938 r. rozpoczął służbę wojskowa w Szkole Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu. Miał tam możliwość oglądać treningi koni Grupy Sportu Konnego i zapamiętać te najsłynniejsze, które startowały na Olimpiadzie w Berlinie. Tuż przed wybuchem wojny podchorąży Klawe został skierowany do 1 Pułku Szwoleżerów, w którym odbył całą Kampanię Wrześniową. Uniknął niewoli i kontynuował służbę w tych samych barwach w konspiracyjnych strukturach pułku w ZWZ AK. Za walki w Powstaniu Warszawskim został odznaczony Orderem Wojennym Virtuti Militari. Po wojnie został lekarzem.
             W trakcie jednego z naszych spotkań pan Zdzisław pokazał mi zdjęcie wykonane wiosną 1940 r. „To ja z Arlekinem III” powiedział pan pułkownik. Następnie potoczyła się opowieść o młodym podporuczniku i słynnym koniu sportowym.
podchorży Zdzisław Klawe z Arlekinem III - wiosna 1940 r.
            „W drugiej połowie września 1939 r. gospodarz z okolic Góry Kalwarii przyprowadził do Instytutu Biologicznego w Drwalewie konia z rozległymi, zaropiałymi ranami oparzeniowymi na szyi, karku i grzbiecie. Rozmieszczenie
i rozległość ran na długi czas uniemożliwiały użytkowanie konia
w gospodarstwie. Pan Henryk Makarski, administrator Drwalewa, nie zidentyfikował konia, ale ocenił go i kupił za wóz ziemniaków. Sprzedający uważał, że pieniądze polskie będą bezwartościowe, ziemniaki zaś sprzedawał na przedpolu walczącej jeszcze Warszawy. Z nieskładnych informacji pan Makarski dowiedział się, że koń wydostał się wraz z innym z płonącej stajni położonej 3 – 4 kilometry od Góry Kalwarii. O losach drugiego konia sprzedający wyraźnie nie chciał mówić.
            W połowie listopada zobaczyłem kupionego konia; był w dobrej formie i mogłem go rozpoznać. Ubytki poparzeniowe pokryte były naskórkiem z niewielkimi ogniskami ziarniny. W styczniu ubytki całkowicie pokryły się naskórkiem, pojawiły się kępki sierści. W marcu konia zacząłem siodłać i oprowadzać bez obciążenia. Starannie kontrolowane czucie i odruchy w okolicach wygojonych. W kwietniu rozpocząłem godzinne pełne treningi.
W maju w Drwalewie pojawiła się niemiecka komisja wojskowo –  weterynaryjna. Oglądając zgromadzone tam liczne konie, oficerowie niemieccy wyraźnie zwrócili uwagę na Arlekina. Instytut Biologiczny został przejęty przez Niemców, co uniemożliwiło mi dalszy kontakt z koniem” (maszynopis dr Klawe)

1.      Witold Pruski, Dzieje Konkursów Hipicznych w Polsce, Wydawnictwo Sport i Turystyka, Warszawa 1982.



                                                     rtm. Robert Woronowicz