środa, 28 lutego 2018

Koń w kawalerii II RP, kilka uwag - artykuł do Hodowca i Jeździec.

„Bo w sercu ułana gdy położysz je na dłoń, na pierwszym miejscu panna, przed panną tylko koń”, czyli o koniach w kawalerii II RP


II Rzeczpospolita kojarzy nam się z kawalerią i spowodowaną tym dużą ilością koni w wojsku. Najczęstsze obrazy, które zapadają nam w pomięć, to twórczość Wojciecha i Jerzego Kossaków przedstawiająca ten malowniczy rodzaj wojska oraz liczne zdjęcia chor. Witczaka-Witaczyńskiego zdobywające w przedwojennej Polsce nagrody w konkursach fotograficznych. Krytyka przedwrześniowej armii polskiej też sprowadza się głównie do zarzutów, że Polacy, naród kochający się w koniach, zamiast tworzyć wojska pancerne i zmechanizowane zamknął się w tej, jakoby ulubionej przez Marszałka, broni. Nawet w pamiętnikach Winstona Churchilla zaistniało stwierdzenie, że Polska z całą swoją kawalerią nie poradziła sobie z niemieckimi wojskami pancernymi. W domyśle – dlatego alianci nie pomogli nam we Wrześniu, bo jak tu pomagać romantykom, którzy zamiast czołgów woleli konie.

      Jak to było naprawdę z końmi w kawalerii naszego wojska XX-lecia międzywojennego?

Podstawowym problemem polskiej kawalerii w latach XX ubiegłego wieku był brak koni. Wprawdzie koni jako takich nie było mało, ale panował olbrzymi niedobór koni wierzchowych.
Konie były tak powszechne w całym świecie dwudziestolecia międzywojennego, że cały czas aktualne było hasło z Nowych Aten (XVIII w.) ks. Chmielowskigo – Koń jaki jest, każdy widzi. Ilość polskiej kawalerii nie wynikała z miłości Polaków do tych zwierząt ani z afektu Marszałka Józefa Piłsudskiego. Marszałek po walkach Leginów pod Kostiuchnówką wręcz nie lubił kawalerii, widząc jak wielkie straty (po stronie rosyjskiej) ponosiła ona w czasie walk pozycyjnych. Tego rodzaju wojska używał jednak z powodzeniem w wojnie manewrowej jako jedynego w tamtych czasach (1918 – 1920) rodzaju wojsk szybkich niezbędnych do prowadzenia tego typu działań. 
W XX leciu międzywojennym polska kawaleria składała się z 40 pułków: 3 pułków szwoleżerów, 27 ułanów, 10 strzelców konnych oraz z towarzyszących im 10 dywizjonów artylerii konnej. Ilość ta nie wynikała z preferencji Polaków, ale była pochodną polsko-francuskiej umowy wojskowej z początku lat dwudziestych XX w. 

Tak więc nie był to pomysł polski, ale wymagania naszego głównego europejskiego sojusznika.

„Kiedy w roku 1919 ukazała się „Tymczasowa instrukcja dla rejestracji koni remontowych” i rozkaz Ministerstwa Spraw Wojskowych w Dzienniku Rozkazów Wojskowych z tegoż roku wyznaczający przy każdym Okręgu Wojskowym stałą Komisję Remontową oraz podający, jak zakupywane konie mają być klasyfikowane, obowiązywał podział na cztery klasy: wierzchowe oficerskie, kawaleryjskie, artyleryjskie i taborowe. W pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości, podczas wojny polsko-sowieckiej, nie zwracano specjalnej uwagi na przynależność koni do właściwego typu, ponieważ panował ogólny niedobór koni nie tylko w armii, ale i w całym kraju i wcielano do szeregów nie to, co należało, lecz to, co było możliwe. Oczywiście starano się dobierać dla kawalerii konie wierzchowe, a dla artylerii pociągowe, ale instrukcja nie dzieliła wtedy koni na właściwe dla poszczególnych rodzajów artylerii – polowej, ciężkiej i konnej, a także górskiej. W praktyce Komisje Remontowe starały się dobierać konie tak, aby były odpowiednie do ciężaru, który miały ciągnąć.
Dopiero w maju 1923 roku rozpoczął się pierwszy zakup koni, zorganizowany przez pokojowe Komisje Remontowe. Okazało się jednak, że kraj po zniszczeniach wojennych nie ma zupełnie koni zdatnych do wojska. I chociaż Polska miała już w tym czasie około 4 milionów koni, to stan ówczesnej hodowli koni był zastraszający (Lesław Kukawski, Konie kawalerii II RP).
Kupowano więc konie dla kawalerii za granicą, głównie w Irlandii, na Węgrzech, a jeszcze w czasie wojny z sowietami od Ekspedycyjnego Korpusu Amerykańskiego, który przed powrotem do Stanów Zjednoczonych sprzedawał w Europie, co mógł. Nota bene słynny Pikador majora Królikiewicza był koniem z demobilu amerykańskiego i początkowo ciągał beczkę z wodą w koszarach 1 Pułku Szwoleżerów JP. Dużą ilość stanowiły konie przejęte od  kawalerii zaborców, drugi słynny koń mjr. Królikiewicza, Jasiek był koniem służącym wcześniej w CK wojsku.

Kłopoty polskiej kawalerii z ilością koni odbijały się niekorzystnie na organizacji tej broni. Zaraz po Wojnie o Niepodległość i Granice (1918 – 1921) obowiązywał system czwórkowy. Pułk kawalerii (na stopie pokojowej 879 koni) składał się z czterech szwadronów liniowych, szwadron z czterech plutonów. Podstawowym szykiem marszowym była kolumna czwórkami. Do walki pieszej, która była podstawową formą walki, na czterech kawalerzystów trzech spieszało się a jeden koniowodny zostawał na cztery konie. Na skutek ciągłego braku koni  a zarazem konieczności wywiązywania się z umowy wojskowej z głównym sojusznikiem w 1930 r. zmieniono organizację pułku. Szwadrony zmniejszono o jeden pluton a podstawową kolumną marszową stała się kolumna trójkami. Do walki pieszej na trzech żołnierzy spieszało się jedynie dwóch, czyli siła ogniowa zmniejszyła się o 1/3. Jeden koniowodny zostawał na trzy konie. Tę zmniejszoną siłę ogniową przed wybuchem wojny starano się uzupełnić wprowadzając w pułkach pododdziały kolarzy (nie musieli wydzielać koniowodnych). Zmiany organizacyjne zmniejszyły ilość koni w pułku, dodatkowo podzielono pułki na dwie grupy. Grupa I (nadgraniczna), 15 pułków, na stopie pokojowej liczyła 736 koni każdy (razem 11040). Grupa II to pozostałe pułki, które na stopie pokojowej liczyły po 532 konie. Po ogłoszeniu mobilizacji każdy pułk osiągał liczbę ok. 860 koni w tym 660 wierzchowych. 

            W ten sposób zdołała się Polska wywiązać z umowy sojuszniczej, chociaż w kampanii wrześniowej okazało się to nie mieć żadnego znaczenia. 

            Problemy z ilością koni spowodowały działalność państwa na rzecz rozwoju hodowli koni remontowych w kraju. Zrzeszenia hodowców zaczęły urządzać wystawy i pokazy koni remontowych, jeszcze przed okresem zakupów koni w danym roku, pokazując na nich najlepsze okazy oferowane do sprzedaży. Dzięki regionalnym i ogólnopolskim pokazom zaczął się krystalizować obraz hodowli konia remontowego na terenie kraju.                
Najbardziej rozwijała się hodowla konia remontowego w Wielkopolsce. W innych rejonach kraju sytuacja wyglądała rozmaicie, ale wyraźnie dawał się zauważyć nawrót do produkcji remontów tam, gdzie istniała już tradycja hodowlana sprzed I wojny światowej.                             
 Za konia remontowego płacono o wiele więcej niż za konia niezaszeregowanego do służby wojskowej. Hodowca koni remontowych miał również ułatwiony dostęp do ogierów z państwowych stad.
            Od końca lat dwudziestych, kiedy wykształciła się hodowla koni dla wojska w kraju, kupowano je wyłącznie od hodowców, rezygnując całkowicie z zakupów u handlarzy. Duży nacisk kładziono na łagodne obchodzenie się z koniem, który miał być remontem.

Kupowano dla kawalerii konie, które miały ukończone 3 lata, zupełnie surowe. W pułkach kawalerii przydzielane co roku młode konie były wcielane do szwadronów zapasowych, pod opiekę podoficerów ujeżdżaczy i szeregowców starszego rocznika, dobrych jeźdźców i tam powoli wdrażano je do służby w szeregach. Odbywało się to zgodnie z obowiązującą, zatwierdzoną do użytku służbowego przez Ministerstwo Spraw Wojskowych „Instrukcją ujeżdżania koni” z roku 1928, unieważnioną następnie w roku 1936 przez wprowadzenie nowej rozszerzonej wersji, zatwierdzonej do użytku służbowego przez Ministra Spraw Wojskowych, gen. dyw. Tadeusza Kasprzyckiego. Koń był przygotowywany do służby do ukończenia pięciu i pół roku. Następnie trafiał do szwadronu liniowego, jednak do ukończenia sześciu lat był oszczędzany jako koń młody, np. w ograniczonym stopniu był wykorzystywany w manewrach międzybrygadowych.

            „Instrukcja ujeżdżania koni” z roku 1936 powinna być znana każdemu właścicielowi młodego konia. Mówi ona, co należy z nim robić od 3 roku życia do ukończenia 5,5 lat. Poniżej cytuję kilka paragrafów z rozdziału A – Zasady ogólne:

2. Określenie ujeżdżenia
[…] Ćwiczenia muszą być stosowane stopniowo i w taki sposób, aby każde nowe wynikało z poprzedniego. Systematyczne ujeżdżenie z uwzględnieniem indywidualnej budowy, temperamentu i charakteru może nawet najgorsze konie odpowiednio przygotować do służby, natomiast wadliwa praca psuje konie, choćby miały z natury najlepsze dane. […]

4. Ujeżdżenie pod względem psychicznym
Ujeżdżenie pod względem psychicznym polega na nauczeniu konia rozumienia wszelkich pomocy, czyli środków, którymi jeździec przekazuje mu swoją wolę, oraz na wyrobieniu w koniu zaufania do jeźdźca i posłuszeństwa jego woli.
Praca ta wymaga od jeźdźca niezwykłej cierpliwości i łagodności, a zarazem energii i stanowczości, t. j. tych cech, które muszą znamionować każdego człowieka, dążącego do porozumienia się ze zwierzęciem i do podporządkowania go swej woli.
Ujeżdżacz musi się trzymać zasady, nakazującej szukania przyczyny niepowodzeń przede wszystkim w swym nieodpowiednim postępowaniu, następnie w budowie konia, a w końcu dopiero w jego trudnym charakterze.  

To zaledwie próbka, tekst ma ponad 230 stron. Jak w każdym dokumencie przedwojennej kawalerii, w instrukcji nie ma zbędnego słowa. Wykorzystuje ona kilkusetletnie doświadczenia obcowania z końmi w jeździe polskiej, rosyjskiej i europejskiej. Przygotowane wg niej konie miały służyć w armii do 16 roku życia, następnie były wybrakowywane i sprzedawane na rynku cywilnym. Nigdy nie brakowało kupców.
Niestety „Instrukcja…” ta jest dzisiaj prawie zupełnie nie znana, a ci, którzy o niej wiedzą, nie doceniają jej. Można wg niej znakomicie i wszechstronnie przygotować konia do intensywnego treningu również, gdy koń będzie już całkowicie rozwinięty i dorosły. Pozwala ona uniknąć przeciążenia go pracą w czasie, gdy jego organizm pod względem fizycznym i psychicznym nie jest jeszcze do tego gotowy do intensywnej pracy, a co często zdarza się w naszym świecie jeździeckim. Koń ujeżdżany zgodnie z tą instrukcją będzie służył właścicielowi długie lata. Stwierdzam to na przykładzie własnej klaczy, która ma 27 lat i cały czas chodzi pod siodłem.

            Gdy krajowa hodowla wyszła z powojennej zapaści, zaczęto myśleć o ujednolicaniu maści końskich w oddziałach. Przede wszystkim dobierano konie jednej maści w szwadronach i w plutonach służb. Plutony łączności i trębacze jeździli na siwkach. Udało się także ujednolicić maści w niektórych pułkach, 1 Pułk Szwoleżerów JP jeździł na koniach gniadych, 3 Pułk Szwoleżerów Mazowieckich na karych a 15 Pułk Ułanów Poznańskich na kasztanach.
W związku z maściami końskimi przytaczam opowieść gen. Michała Gutowskiego, który przed II Wojną Światową służył w 17 Pułku Ułanów Wielkopolskich.

Malowany szwadron
ze wspomnień gen. Michała Gutowskiego,
spisane przez rtm. Roberta Woronowicza

Mniej więcej 15 lat temu podczas przeglądu koni w Szwadronie Kawalerii WP w Starej Miłosnej Generał Michał Gutowski wspomniał zdarzenie z maja 1939 r., które miało zakończenie po wojnie w Londynie. Wspomnienie Generała przytaczam z pamięci jako ciekawy obrazek z życia przedwojennej kawalerii. Generał opowiadał:
            W maju 1939 r. 17 Pułk Ułanów Wielkopolskich, w którym służyłem nieprzerwanie od zakończenia nauki w CWK, miał otrzymać nowy, zgodny z przepisami sztandar. Wręczenia sztandaru miał dokonać Marszałek Śmigły-Rydz w czasie obchodów uroczystości 20-lecia Pułku.
            Pełniłem wówczas funkcję dowódcy 1 szwadronu. Z powodu znakomitego wyglądu koni w moim pododdziale (dodatkowy owies od zaprzyjaźnionych ziemian wielkopolskich) mój szwadron został wyznaczony do powitania delegacji na dworcu w Lesznie. W trakcie tej uroczystości podszedł do mnie adiutant generała Regulskiego (inf. opow.) znajdującego się w grupie dostojników towarzyszących Marszałkowi. Oficer ów przekazał mi gratulacje od Generała za znakomity wygląd szwadronu. Zasalutowałem szablą trzykrotnie w podziękowaniu.
            Następny raz spotkałem Generała już po wojnie w Londynie. Odwiedziłem go wówczas w jego skromnym mieszkaniu. Generał pogratulował mi szczęścia żołnierskiego w czasie mojej służby w 1 Dywizji Pancernej gen. Maczka. Jednak rzeczą, która najbardziej utkwiła w jego pamięci, był mój szwadron honorowy z uroczystości w maju 1939 r.
            Wtedy wstałem i powiedziałem
- Panie generale muszę się przyznać, że szwadron był malowany.
A było tak: gdy stanęliśmy z szefem szwadronu przed stojącym na przeglądzie pododdziałem, odezwałem się w te słowa:
            - Józiu (do podoficerów, którzy niczym nie podpadli, mówiło się po imieniu), tak nie może być!
Pomimo wymiany koni z dużymi odmianami w innych szwadronach, nie wyglądało to najlepiej. Wprawdzie wszystkie konie były kare, ale wyraźnie rzucały się w oczy różne małe odmiany. Tu strzałka, tam kwiatek, tu pęcina, tam skarpetka – to nie był „mój” szwadron honorowy.
Szef drapał się po głowie, nagle mówi:
–        Panie Rotmistrzu, pomalujemy je.
–        Czyś ty zwariował?!
–        Panie Rotmistrzu, jak cyganie ukradną konia, to tak go przemalują, że właściciel go nie pozna.
–        Czego ci potrzeba i ile czasu?
–        Panie Rotmistrzu, pięć złotych i dwie godziny.
–        Dobrze. Pierwszy szereg ma mieć gwiazdkę i strzałkę, drugi tylko gwiazdkę, żadnych odmian na nogach Jak będzie gotowe, zamelduj.
Po dwóch godzinach wachmistrz melduje gotowość do przeglądu. Idziemy, patrzę – szwadron jak malowany (w rzeczywistości malowany) – odmiany zgodnie z moim rozkazem. Pytam szefa:
–        Jak to zrobiłeś ?
Szef pokazuje mi puszkę białej farby olejnej i czarną pastę do butów.
–        I tak to było Panie Generale.
Zakończyłem opowieść. Generał wstał z fotela, wyjął z szafki butelkę koniaku przechowywaną na lepsze czasy, otworzył, nalał do kieliszków – Wypijmy za ten pański malowany szwadron – powiedział.


            To zaledwie kilka informacji o koniach w kawalerii II RP. Jest to temat niezgłębiony, jak niezgłębiony jest kontakt człowieka z tym niezwykłym zwierzęciem, które zajmuje szczególne miejsce w historii Naszego Kraju.


                                                                        rtm. Robert Woronowicz

poniedziałek, 24 kwietnia 2017


Dziękuję ci koniu


Na początku kwietnia w Muzeum Łowiectwa i Jeździectwa w Łazienkach Królewskich                      w Warszawie otworzono wystawę "Dziękuję ci koniu". Wystawę przygotowała Pani Hanna Łysakowska starszy kustosz i kierowniczka działu hipologii w Muzeum.






Wystawa będzie otwarta do 3 września tego roku. Wszystkich zainteresowanych końmi i ich losem przy ludziach zachęcam do jej odwiedzenia. Do wystawy dołączony jest katalog-książka. Zawiera on wspomnienia o koniach, które już odeszły lub opisy starych koni wciąż żyjących zamieszczone przez ludzi-koniarzy, którzy są lub byli z nimi związani.



W książce- katalogu znalazło się też miejsce dla mojej Dumki (26 lat), najsłynniejszego (według mnie) kawaleryjskiego konia przełomu wieków. Ponieważ zapewne nie wszyscy będą mogli odwiedzić wystawę zamieszczam poniżej  tekst o Dumce, który się tam ukazał. Prezentuję także zdjęcia Dumeczki w większej ilości niż można było umieścić w katalogu.



Dumka

            Urodziła się w styczniu 1991 r. Gniada klacz z kwiatkiem na czole (162 cm w kłębie w wieku 5 lat). Jej ojcem był Dolman – ogier rasy wielkopolskiej ze stada ogierów w Łącku, a matką klacz Kaskada (wlkp.), której właścicielkami były panie Magda i Ania D. Kaskada była ujeżdżana pod okiem rotmistrza Jacobsona wg szkoły Jamesa Filisa. Potrafiła wykonywać pewne elementy              z Hiszpańskiej Wyższej Szkoły Jazdy. Przed urodzeniem Dumki stała w stajni Stowarzyszenia Jeździeckiego „Szarża” w Kaniach Helenowskich pod Warszawą. Na skutek nieszczęśliwego wypadku Kaskada przestała nadawać się do pracy ujeżdżeniowej. Właścicielki zdecydowały się pokryć klacz stojącym wówczas czasowo w stajni ogierem Dolmanem. Po urodzeniu Dumka przez  6 miesięcy wychowywała się przy matce, a potem dwa lata spędziła ze źrebakami w stadninie               w Kozienicach. Po powrocie do stajni macierzystej właścicielka Ania D. zaczęła uczyć Dumkę wszystkiego co młody koń wiedzieć i umieć powinien oraz zaczęła ją przygotowywać do pracy ujeżdżeniowej. Pomagały jej w tym instruktorki SJ „Szarża” Dorota, Agnieszka i Joanna. W tym czasie prowadziłem w sąsiednim ośrodku jeździeckim, Szkole Jazdy Konnej „Pa Ta Taj”, szwadron Konnego Przysposobienia Wojskowego „Krakus”. Jesienią 1996 r. Dorota pomagająca w pracy            z Dumką poinformowała mnie, że Ania szuka chętnego do kupienia klaczy. Według niej, koń mający wówczas sześć lat nie wykazywał predyspozycji do stania się następcą swej matki w sztuce wyższego ujeżdżenia (faktycznie, w kłusie ćwiczebnym nie było łatwo). W styczniu 1997 r. konia kupił za moją namową mój przyjaciel Jarema Wierzchowski, który chciał zostać kawalerzystą ochotnikiem. Pracowałem wówczas jako kierownik SJK „Pa Ta Taj”. Zobowiązałem zajmować się Dumką i uczyć Jaremę sztuki kawaleryjskiej.
            Koń był znakomicie ujeżdżony, ufny i okazał się znakomitym materiałem na konia kawaleryjskiego. Już w kwietniu tego roku wystartowaliśmy na zwodach kawaleryjskich podczas Dni Ułana w Poznaniu, zajmując czwarte miejsce. Tu okazało się, że Dumka nie wchodzi z otwartej przestrzeni do dwukonnej przyczepki (do dużych ciężarówek wchodziła bez problemu). Pokazała się wówczas jej zaleta – nie atakowania ludzi w czasie załadunku i nie uciekała. Po prostu koń stał w miejscu jak wmurowany. W tej sytuacji koledzy kawalerzyści zwyczajnie „wnieśli” klacz do bukmana.
            W czerwcu 1998 r. Jarema zginął w wypadku samochodowym. W miesiąc później skontaktowała się ze mną jego mama – pani Julia Wierzchowska, lekarz weterynarii, specjalistka od koni, która przekazała mi Dumkę jako spadek po przyjacielu.
            Posiadanie własnego konia odmienia życie człowieka. To nie tylko przyjemność, ale także wielka odpowiedzialność. Na Dumce oprócz mnie jeździły tyko dwie bliskie mi osoby. Raz w związku z wyjazdem zdecydowałem się powierzyć konia „przyjacielowi”, co skończyło się dwumiesięcznym leczeniem konia.
            Do momentu otrzymania Dumki miałem do czynienia jedynie z końmi tatersalowymi, dopiero obcowanie codziennie z koniem, który ma bliską styczność jedynie z trzema osobami pokazało, jak rozwija się wzajemna znajomość i zaufanie.
            Pewnego razu na rajdzie kawaleryjskim prowadziłem oddział drogą w wysokopiennym lesie. Przesiane promienie słoneczne nie poprawiały widoczności. Szliśmy kłusem. Po obu stronach duktu zobaczyłem rozpiętą stalową siatkę o dużych oczkach do ochrony upraw leśnych. Po podjechaniu bliżej okazało się, że część siatki leży na drodze. Zatrzymałem grupę lecz Dumka przednią nogą weszła w zagrzebany w podłożu brzeg siatki. Jedno z oczek zacisnęło się na prawej przedniej pęcinie konia. Natychmiast zeskoczyłem na ziemię. Klacz stała w miejscu głośno oddychając, przednią nogę zaplątaną w siatkę trzymała lekko podniesioną przed sobą. Czekała aż ją uwolnię. Drut na tyle zacisnął się na pęcinie, że potrzebna była pomoc jeszcze jednego kawalerzysty. Przez cały czas koń stał w miejscu, czekając na oswobodzenie. Tylko głośne sapanie mówiło o jego zdenerwowaniu. Wielokrotnie na rajdach kawaleryjskich Dumka dawała przykład wielkiego zaufania do moich decyzji o wyborze drogi, czasem trudnej a czasem niebezpiecznej, gdy nie było innego wyjścia.
            Szczególną zaletą Dumki było znakomite zachowanie się na torach lancy i szabli. Na treningach zawsze dostawała nagrodę, jeżeli spokojnie przejechała tor pozorników, niezależnie od mojej skuteczności. Na zawodach w Kalwarii Zebrzydowskiej (2003 r.), gdy podjeżdżałem                      z meldunkiem do komisji sędziowskiej siedzącej w połowie toru broni białej, klacz aż „buzowała”, wiedząc, że na zakończenie dostanie marchewkę. Komisja, widząc zdenerwowanego konia, ucieszyła się, sądząc, że wyniesie mnie podobnie jak przedstawiciela gospodarzy, który startował przede mną. Na rozbuchanym rumaku dojechałem do celowników startowych. W momencie przekroczenia linii startu opanował ją całkowity spokój, co pozwoliło nam wygrać konkurs.
            Wzajemne zaufanie i zdecydowanie powodowało, że Dumka znakomicie sprawdzała się jako koń dowodzący pododdziałem kawalerii. Nie tylko w terenie czy na rajdzie, ale również na defiladach w centrum Warszawy lub innych miast. Odważnie szła przed siebie, sprawnie prowadząc za sobą konie pododdziału, które widząc śmiało idącego przewodnika, chętnie za nim podążały. Dowodziła pierwszą po wojnie defiladą z udziałem kawalerii konnej w Święto Niepodległości 11 listopada 1998 r. Poprzednia taka defilada miała miejsce w Stolicy w 1938 r., czyli 60 lat wcześniej. Na tę uroczystość Dumka prowadziła Szwadron Krakusów z Torów Wyścigów Konnych na Służewcu na Plac im. Marszałka Piłsudskiego przez Warszawę. Szliśmy przez całe miasto sami. Gdzieś zagubiła się obiecana eskorta policji. Dojeżdżając do skrzyżowania ze światłami, podnosiłem w górę rękę. Niezależnie od koloru świateł samochody zatrzymywały się, a Dumka z powagą prowadziła szwadron.
            Dumka służyła jako koń oficerski od 1998 r. do 2007 r. w kawalerii ochotniczej, a w latach 2007 – 2009 w Szwadronie Kawalerii Wojska Polskiego. Od 2000 r. do 2009 r. pomagała mi w szkoleniu tego pododdziału, powstałego po 53 latach od chwili likwidacji kawalerii w naszej armii w roku 1947. Brała udział w wielu zawodach i pokazach kawaleryjskich na terenie całej Polski. Dwa razy była Mistrzynią Polski (wraz z moim synem) a raz Wicemistrzynią w Kawaleryjskich Mistrzostwach Polski MILITARI. Z czynną służbą w kawalerii pożegnała się, pomagając mi ustawiać kawalerię na planie filmu Jerzego Hoffmana „Bitwa Warszawska”. Od czasu kręcenia „Potopu” pierwszy raz zgromadzono na planie filmu ponad 300 koni. Wszystkimi rządziła Dumka.
            Dzisiaj Dumka ma 25 lat i przebywa na zasłużonej emeryturze w Starej Miłosnej. Chodzi pod siodłem 3 – 4 razy w tygodniu. Cały czas bierze udział w szkoleniu kawalerii ochotniczej i uważa przypadkowe znalezienie się nie na czele pododdziału a w środku szyku za straszną zniewagę.


          Maj, 2016 r.                                                                      rtm. Robert Woronowicz


Zdjęcia Dumki z lat 1998 - 2017


11 listopada 1998 r. Pierwsze Św. Niepodległości z udziałem kawalerii od 1938 r.

3 maja 2007 r.
Szarża na lotnisku w Glinniku 2003 r.

Postój na rajdzie pod Komarów, sierpień 2004 r.

2005 r. Dumka z moim Krzyśkiem jadą po I miejsce na Mistrzostwach Polski MILITARI

3 maja 2007 r. Ogród Saski

Zima 2008 r. Warszawa

Szarża - Wilanów 2004 r.

3 maja 2007 Ogród Saski

Szkolenie Kawalerii Ochotniczej 2015 r. Stara Miłosna

Przed Panem Prezydentem, 15 sierpnia 2007 r.

Zima 2015 r. Stara Miłosna

3 maja 2007 r. Ogród Saski

Posiwiała Dumeczka, luty 2017 r. Stara Miłosna